Zabijanie zwierząt kiedyś nie było tematem tabu. Jako kilkuletnie dziecko bywałem na wsi. Widziałem jak kurom odcinało się głowy, jak z królików ściągało się skórę, jak upuszczało się krew świniom. To wszystko było częścią naturalnego porządku rzeczy. Naszym łącznikiem z naturą. Do zwierząt hodowlanych czuło się większy respekt niż dzisiaj, dogadzano im za życia, rozmawiano z nimi, dbano o nie, od początku wiedząc, że i tak skończą pod tasakiem. Slow food w pełnej krasie.
Dziś niektórzy w naszym kraju starają się nam wmówić, że włożenie żywego homara do wrzątku to barbarzyństwo, niegodne człowieka. Używają naprzemiennie haseł śmierć i cierpienie, i misternie rysują obraz tych, którzy homary spożywają, jako lubujących się w mordowaniu katów. A tymczasem zabijanie, w najszybszy możliwie sposób, zwierząt w celu późniejszego ich zjedzenia, to jedna z cech charakteryzujących nasz gatunek.
Martwi mnie, że te pseudoekologiczne postawy przenikają z coraz większą siłą do środowisk ekologicznych. Do organizacji, które dbają o rzeczy ważne, i stoją na straży np. dobrostanu żywych istot. Jak wytłumaczyć, że polski oddział WWFu wprowadził na listę NIE KUPUJ! homara? Na dodatek nie informując, że gatunki homara są dwa, i że tym bardziej popularnym jest homar amerykański Homarus americanus, który przeżywa swój historyczny boom po drugiej stronie Atlantyku (nigdy nie występował tak obficie). Homary na polskiej liście WWF reprezentuje homar europejski Homarus gammarus, który wg. Czerwonej Księgi Gatunków zagrożonych IUCN (Międzynarodowa Unia Ochrony Przyrody i Jej Zasobów) jest gatunkiem najmniejszej troski czyli gatunkiem któremu do wyginięcia baaaardzo daleko. MSC (Rada Zarządzania Zasobami Morskimi) również poleca homary na swojej liście ryb i owoców morza bezpiecznych do jedzenia, także europejskie z europejskich certyfikowanych łowisk.
Nie dajcie się pseudoekologom, jedzcie homary, kupujcie je żywe, i sami przyrządzajcie, pokazując dzieciom, że mięso nie rośnie na tackach w supermarketach, tylko pochodzi od żywych zwierząt.
